Rapsodia Sabaudzka. cz V

Drukuj

Toast. Nad górami przewalają się całe stada chmur. Przez niebo wędruje ogromna gromada antylop z gatunku cumulonimbus, nimbostratus i co tam jeszcze. Jedne statecznie posuwają się górą, inne jakby opadłe z sił, a może za dużo wina, przelewają się przez szczyty i granie. Jakieś szare pasma włóczą się w połowie drogi między niebem a ziemią, jakby niezdecydowane, czy należą do wód niebieskich, czy też ziemskich.

Zrobiło się szaro, pojawia się znużenie. Czy na świecie istnieje jeszcze coś poza Requiem? Tak! Poza requiem można zobaczyć na ten przykład opactwo Hautecombe założone przez cystersów w XII w. nad Lac du Bourget. Nasi gospodarze są bardzo radzi, że mogą nas zaprosić do tego ważnego dla nich miejsca. Opactwo zawieszone jak kamienne gniazdo nad taflą jeziora robi niesamowite wrażenie. Zwłaszcza dziś, kiedy trudno odróżnić niebo od ziemi, od jeziora. Wszystko spowite szarym całunem chmur, szare są mury opactwa, szary kolor ma woda, za szarym welonem góry. Tu swoje spotkania ma między innymi wspólnota Chemin Neuf (Nowa Droga) ekumeniczna wspólnota założona w latach 70 w Lyonie. Zwiedzamy kościół pocysterski, wystawę fotografii. Schodzimy nad wodę. Panuje tu dość duży ruch. A jednak nie mąci to atmosfery wyciszenia, spokoju, jaka panuje w tym miejscu. Dziś atrakcji nie brak. Droga do opactwa to prawdziwa górska serpentyna. Jestem pełen wdzięczności i podziwu dla naszych kierowców. Choć to pewnie nie było dla nich zbyt trudne. Jednak do Grenoble nie jest stąd daleko. Pamięć doskonale przechowuje obrazy… Na szczęście wracamy inna drogą, bo czeka nas wizyta w Chateau. Po wyjściu z autobusu kilkaset metrów ostro pnącej się w górę drogi. Wspinaczkę umila towarzystwo osiołków, które ze zdziwieniem obserwują jak „Korona Stworzenia” dźwiga bagaż swej mądrości i posapując wdrapuje się nie wiedzieć czemu w górę. Przecież tu taka pyszna trawa. Tak. Za to na górze widok taki, że już nie chcę ani sera, ani wina. Niczego nie chcę, tylko usiąść na kamiennej ławeczce, i patrzeć… Na wprost Chateau - jezioro Auigbelette… Szmaragdowy skarb… Odrywam się na chwilę od podziwiania skarbów. Wzywają pod namiot, gdzie gwar, jakieś przemowy. Okazuje się, że na spragnionych kąpieli czeka basen. Na mnie czeka Lak le Auigbelette. Moja ławeczka zajęta przez Grażynę. Gdyby ktoś chciał zrobić pomnik natchnienia, to powinien zobaczyć ten obrazek. Wycofuję się cichcem, jak z kościoła w środku nabożeństwa. To nieładnie tak przeszkadzać. Muszę zostawić całe towarzystwo, widoki i osiołki, ponieważ Clodowie zapraszają dziś do teatru. Strój mam cokolwiek nieodpowiedni ale radzą nie przejmować się, wiec się nie przejmuję. Okazuje się, że to nie teatr tylko stara stodoła. Rząd podtrzymujących dach słupów oddziela widownię od sceny. Na scenie pianino, łóżko, ekran. Zobaczymy Siedem Grzechów Bertolda Brechta. Sztuka jest po niemiecku i angielsku. Uproszczona do granic możliwości, właściwie to monodram ze statystami w tle. Genialnie zagrany! Kiedy umilkły ostatni dźwięki fortepianu, przed oczami mam moją drogę do Luizjany, nad Missisipi. Moje siedem grzechów. I chyba nie tylko ja, bo brawa na początku brzmią nieśmiało. Za to po chwili wybuchają z taką siłą, że aż strach. Anna ociera łzę z oka… Późna noc. Jak po każdym wydarzeniu festiwalowym zaprasza się gości do degustacji tutejszych win i serów. Pojawia się i Anna. Otoczona przez mały tłumek, uśmiechnięta, szczęśliwa. Chciałbym podejść i powiedzieć coś. Podejdę i co powiem? - Przepraszam bardzo, chciałem powiedzieć, że bardzo podobała mi się Pani rola. Była w  tym prawda i zaangażowanie i w ogóle. Ja przepraszam, że bełkocę ale tak się składa, że nie znam Pani języka, ani innego żadnego, ble ble ble. Więc może lepiej pójdę po jeszcze jedno wino i wzniosę toast za wszystkie Anny świata. O tak! Tak będzie zdecydowanie lepiej! Może ktoś wzniesie toast i za mój domek na prerii. cdn...