Rapsodia Sabaudzka. cz IV

Drukuj

Niedziela

Niedzielna Msza św w tutejszym karmelu. Kościół podzielony na trzy części wertykalnie. Droga do nieba. Najniżej nawa, do prezbiterium trzeba wspiąć się na oko jakieś 2 piętra, nad tym wszystkim góruje ołtarz, a za szczytem klauzura. Wzgórze Moria. Abraham już właśnie odszedł wspierając się na Izaaku, a zza szczytu słychać anielskie głosy. Jakub śni swój sen o aniołach? A może to nie anieli tylko karmelitanki? Czy to ważne? Obietnica jest ta sama.

Próba. Wgryzamy się coraz głębiej w tekst Requiem. Już nie ma nic tylko te Mozartowskie nuty, ten tekst przejmujący. Gdzieś w podświadomości trwa historia dramatyczna Lacrymosy, zawsze w tym miejscu czuję ciarki. I żeby już tak całkiem nie odfrunąć, zaraz po lacrymosie jest „Amen”. No tak przygotowujemy przecież niecodzienną wersję opracowaną przez niejakiego R. Lewina. Odkopał nieznany rękopis czy coś takiego. W każdym bądź razie napracował się pan profesor nieźle, poprzewracał w utworze co tylko się da. A na deser dołożył tę część, która długo będzie spędzać sen z powiek śpiewakom. Co tam się w tych nutach dzieje. Nie powiem, dla oka to nawet nieźle wygląda. Tylko trudność polega na tym, że publiczność chce Requiem posłuchać, nie pooglądać. Jedyny ratunek w orkiestrze. I w spokoju Cyrilla, który nie wyrywa sobie włosów z głowy, tylko cierpliwie tłumaczy dlaczego chciałby usłyszeć takie lekkie a a a a men. Artur pracuje nad Ave Verum i Crucem Tuam. To właśnie On otworzy i zamknie koncerty w piątek i niedzielę. Jest pełen energii i bynajmniej się nie oszczędza. Wkłada w próbę tyle serca jakby to był już koncert. Na koniec wydaje się, że jest zadowolony, choć Crucem okazuje się utworem trudnym. Ale jeszcze mamy dosyć czasu przed sobą. Zdążymy. W powietrzu czuję wzrastające napięcie, robi się coraz goręcej, jest parno. Koniec próby. Wracamy do Chambery szybko, bo dziś wieczorem Gilou urządza party w ogrodzie. Tymczasem nad doliną zbierają się czarne jak noc chmury, z daleka słuchać gniewne pomrukiwania nadciągającej burzy, ale to wszystko nie zdaje się zbytnio martwić naszej Gilou, która spogląda w niebo, chwilę myśli i każe nam przestawić stolik bliżej domu. Ulewa rozpoczyna się pięć minut potem. Kiedy przychodzą pierwsi goście, pełnimy z Czesiem i Tadziem honory domu wobec polskiej części. Wkrótce całe towarzystwo miesza się, dom wypełnia wielojęzycznym gwar. Wino robi swoje, nastraja do rozmowy, znikają drobne przeszkody w postaci języków nieznanych. Patrzę na całe to towarzystwo, które jakby się sto lat znało. Właśnie wpadli na sąsiedzki piknik. Jak co niedzielę. Z grilla oczywiście nici, ale przecież jest jeszcze piekarnik. Kiełbaskom to bynajmniej nie zaszkodziło. Zresztą wszyscy są tak zajęci, że Cloud roznoszący owe gorące przysmaki często musi użyć całej mocy swego głosu: -Może kiełbaskę? – pada po francusku pytanie, którego treści można domyślić się z szerokiego gestu zapraszającego do dymiącej smakowicie tacki. -Ależ nie, dziękuję, już się najadłem- pada po polsku odpowiedź, jej skutkiem kolejna kiełbaska wędruje z tacki do ręki, a Cloud do kuchni po następną porcję. I po co komu znajomość języków? Nie może braknąć muzyki. Jakiś czarodziej wyczarował gitarę. Dochodzi północ a tu nikomu nie chce się iść do domu. Jeszcze chwilkę, dobrze? Jeszcze… cdn...