Rapsodia Sabaudzka. cz.III

Drukuj

Obietnica. Podobno we Francji nawet gdyby zapukać w trumnę odnoszoną na miejsce wiecznego spoczynku, to na pytanie „Sava?” nieboszczyk odemknie jedno oko i grzecznie odpowie „Sava”. Jest w tym odrobina przesady, jak się przekonuję. Tu po prostu, nikomu nie przyszłoby do głowy pukać, gdy ktoś zażywa odpoczynku. Tak więc kiedy usłyszałem pierwsze prawdziwe, francuskie, poranne „sava” odpowiam: -Sava! Pewnie, że Sava. A nawet bien! A co!

Gilou przygotowała „petit dejeuner”, no nie taki on „petit” chyba, że na okoliczność najazdu naszego urósł co nieco. Pora ruszać. Jedziemy na próbę do Le Pont-de-Beauvoisin, jakieś 35 kilometrów. Dzień wstał rześki i uśmiechnięty, jakby też chciał wszem i wobec ogłosić, że jest sava i w ogóle. A okolica piękna, że aż strach. Jak śpiewać „Requiem” kiedy tu wszystko śpiewa o pięknym życiu! Zieleń niemalże wiosenna, góry prowokujące do spoglądania w niebo, jezioro, … Porządek pierwszego dnia pracy tak jak i następnych nieskomplikowany: śniadanie, śpiewanie, piknik, śpiewanie, kolacja, kultura i spać. Śniadanie i śpiewanie obowiązkowe, cała reszta to wisienka na torcie. I faktycznie wobec perspektywy ośmiu godzin prób dziennie, cała reszta kurczy się i maleje do rozmiarów wisienki. Można się zmęczyć od samego myślenia o tym maratonie. Cyrille stoi przed nami i opowiada o swojej wizji Requiem, o duszach co do nieba, o otchłani co przestrasza, o obietnicy, której nie bardzo dowierzamy, której wypełnienia się domagamy, której nie wiedząc jesteśmy w końcu pewni. Mówi o tym tak spokojnie i pewnie, z lekkim uśmiechem i błyskiem oku… Porywa za sobą, tak po prostu… Rozglądam się dyskretnie dookoła. Nie tylko ja mam sztucznie obojętny wyraz twarzy. Przecież chłopaki nie płaczą. Ten pierwszy dzień pracy jest jak wypływanie w morze. Port odsunął się od burty niepostrzeżenie, nieodwołalnie. I choć rejs trwa już z pięć minut, wydaje się, że to pięć lat minęło. Być może to było powodem głupawki jaka ogarnęła ostatni rząd. Cyrille wybacz, to pewnie z powodu upału, dwudziestu lat, wody gazowanej, odreagowania powiewu mistycznego, dziewczyn i jeszcze kilku powodów (niepotrzebne skreślić). Sytuację ratuje piknik. Idziemy nad rzekę przez wymarłe miasteczko. Zastanawiam się czy powodem tej ciszy jest upał, czy może wakacje? Wkrótce cisza zostaje przepłoszona, nad rzeką rozlega się gwar jak pod wieżą Babel. W użyciu mieszanka języków europejskich dająca w efekcie jeden wspólny ludzki język porozumienia. Wracamy do „La Sabaudia”  druga część próby. Jak ten czas powoli leci. Przecież tam już czeka na nas jezioro! A tu jeszcze tyle pracy. Lac d'Aiguebelette, pięknie brzmiąca nazwa, nie do powtórzenia, piękne jezioro, które widoczne było z drogi.  To wszystko nic, wobec wrażenia jakie robi, kiedy się stanie nad brzegiem. Widok jak z obrazka. Otoczone przez góry, z niewielką wyspą i oczywiście na urwistym brzegu wieś i mały kościół na wzgórzu. No i ten kolor… nie do opisania, piękny, zmienny, jak kobieta. Tu mieści się centrum wydarzeń festiwalowych. Tu też odbywa się oficjalne przywitanie gości z Polski, czyli nas. A że Francuzom obca jest liturgia pokłonów, rzecz cała odbywa się pod drzewem, szybko, sprawnie. Poncz już czeka… Można pływać. Gwiazdą wieczoru ma być kwartet jazzowy „Impérial Quartet” Oczekiwanie nieco się dłuży, więc chłopaki łapią za gitary, akordeon, harmonijkę i już wkrótce nad wodą rozlega się śpiew tradycyjny: od Dżemu począwszy na Sokołach skończywszy. Od okrągłego domu leci facet z kontrabasem, zaczynają się tańce, coraz więcej ludzi gromadzi się wokół grających – ot jeszcze jedna atrakcja festiwalowa. Wreszcie wraz z zapadającym zmrokiem zaczyna się koncert właściwy. Kontrabas, perkusja i saksofony – w tym saksofon kontrabasowy. Ogromny, a dźwięk jakby prosto z Hadesu. Zaczyna się ostra jazda. Panowie grają z taką energią, radością, żarem, że aż podrywa z miejsca. Dalej pod najbliższe drzewo łap dzidę i tańcz do upadłego, a potem… Koniec. Rozlega się z ciemności tęskne zawodzenie, tym razem najmniejszego z rodziny saksofonów, olbrzym na scenie zamiera, gasną światła… Chcę biec… Gonić coś… Co? Gdzie?  Dlaczego? To jeszcze nie koniec. Każą nam odjeść od budynku. Będzie jeszcze widowisko „światło i dźwięk”. Wyobrażam sobie fajerwerki, grę świateł na ścianach i do tego jakaś „muzyczka”. Tymczasem w ciemności zapala się żółtym światłem jedno z okien. Rozpoczyna się historia. Opowiedziana w prosty a jednocześnie przejmujący sposób bajka o życiu, o porozumieniu, a właściwie jego braku, o samotności. Rozgwieżdżone niebo obiecuje piękną pogodę na następny dzień. Pora wracać. cdn...