Rapsodia Sabaudzka. część I.

Drukuj

Wstęp, czyli usprawiedliwienie.

Drogi czytelniku, oto przed Tobą subiektywny zapis myśli i wrażeń z podróży do Francji, do Chambery, gdzie Cantilena wzięła udział w „Festival des Nuits d'été” Festiwalu Nocy Letnich. Otóż Admin, który nie mógł być ze wszystkimi i wszędzie, zmuszony jest porzucić wygodną maskę anonimowości, i odkryć publicznie swoje wrażenia, myśli i uczucia. Mam nadzieję, że zostanie to wybaczone. A oto jak przeżyłem ten Festiwal Nocy Letnich, a może sen…

Początek.

Na początku był plecak. - Czy ja przyszedłem z plecakiem, czy bez? Pytanie ożywiło nieco senną atmosferę w autobusie. Rozpoczęły się systematyczne poszukiwania. Najpierw między siedzeniami, potem w lukach bagażowych, a nawet przed wejściem do Aquaparku, co w tej sytuacji wydawało się nawet logiczne. Bo gdzie można by znaleźć zaginiony plecak? Wszędzie! Więc także przed Aquaparkiem. Dlaczego? O to nikt nie pytał, mamy już godzinne opóźnienie, w takiej sytuacji Logika ucina sobie drzemkę, bo wie, że za chwilę obudzi się Furia a te Panie wolą schodzić sobie z drogi. - Pojedźmy do mnie do domu! – Logika chrapie i przewraca się na drugi bok. Jedziemy. Zaczyna się właśnie poranny szczyt. O dziwo Furia jakoś nie nadążyła za autobusem, a plecak co był zaginiony odnalazł się i przywitany jest owacjami. Jeszcze tylko małe nieporozumienie co do kierunku jazdy i wreszcie jedziemy. Przed nami Francja! Ale po drodze do raju kilka etapów. Pierwszy to Czechy. Siostra Furii – Niecierpliwość sugeruje, że 40 km/h w XXI bądź co bądź wieku to trochę mało, ale wszyscy wiedzą (?) Niecierpliwość skłonna jest do lekkiej przesady. Tak czy inaczej Norymbergę mamy z głowy. Może w drodze powrotnej. Dla zainteresowanych: Norymberga to miasto założone, słynie z Wita Stwosza, Albrechta Dürera, przewrotu i procesu. Nie ma szans na jakiekolwiek zwiedzanie. Pozostaje uruchomić wyobraźnię. Karlsruhe czeka. Spokój Karola wita burzliwie. Deszcz wystukuje swoje nerwowe staccato na drewnianej powale, po czym równie nagle jak się pojawił, znika. Pojedynczo, grupkami idziemy zobaczyć co to za miejsce obrał sobie Karol Wilhelm von Baden-Durlach, na siedzibę i oazę spokoju. Miasteczko śpi spokojnie, wkrótce i nam pora. Nakarmieni przez Czesia, ukołysani deszczem wystukującym skomplikowane podziały na dachu, dołączamy do tej perkusyjnej symfonii nasze melodyjne pochrapywanie.

Encyklopedie i zegarki.

Świt drugiego dnia podróży właściwie nie przynosi nic nowego, poza rosnącym podziwem dla naszego czarodzieja kuchennego Czesia. Śniadanie okazuje się być tak wielogwiazdkowe, że Droga Mleczna blednie i znika ustępując miejsca Słońcu. Aha! Ale nasze błogie miny wprost promieniujące szczęściem wypełnionego brzucha i w Słońcu wywołują lekki niepokój – To ja już nie jestem najjaśniejsze?

Spokojnie Słoneczko, nie martw się to tylko Cantilena po śniadaniu. Wkrótce wejdziemy do autokaru, poddamy się duchowi disco polo i znów będziesz jedynym jasnym punktem na niebie.

Zbliżamy się do Alp. Ziemia ucieka do nieba gwałtownym gestem wyrzucając w górę lasy i skały. Wiktor i Jarek ze Szwajcarską precyzją i dokładnością dzielą się z nami wiedzą na temat Alp i Szwajcarii. Mają się czym podzielić! Mijamy niezliczone winnice, kamienne domki pasterzy i powoli zbliżamy się ku jezioru Genewskiemu. Perła Alp przepiękna, ale jakby czegoś pozbawiona. Jezioro otoczone miastami i autostradami leży pośród gór jakby nagie, a te, wstydliwie unoszą głowy wysoko, jak najwyżej, żeby nagości nie urazić. Ani pól drzewka, żadnego lasu. Tylko skały, domy i woda, która biegnie ku horyzontowi, do nieba, uciekając od domów, autostrad, silników.

Schodzimy na brzeg milknąc, jakby z szacunku dla tego skrawka dzikiej przyrody, który nie uległ, nie dal się zamienić na cyfry (choć wiadomo, że w jeziorze można ukryć całą ludność Ziemi), tu na brzegu i statystyka i geografia nie mają nic do powiedzenia.

Oczywiście nastrój zadumy, dla równowagi, bardzo szybko ustępuje żywiołowej radości (zwłaszcza młodszej części zespołu), a podziw dla przyrody z wody przenosi się na ląd, gdzie wyraźnie widać, że Stwórca, choć użył tylko żebra ,to jednak pracę swą wykonał idealnie. Tyle ideałów  w jednym miejscu!  Czy to możliwe? Jakby tego było mało napotykamy się na kolejny ideał, tym razem dzieło rąk ludzkich - Rolls Royce. Sesja zdjęciowa, w takim przypadku, jest oczywistością.

Ruszamy w dalszą drogę. Do Chambery już tylko mały krok.

cdn...