Rapsodia Sabaudzka. cz XII Epilog.

Drukuj

[caption id="attachment_1929" align="alignleft" width="320" caption="Dar Marie i Christofera Bardaux dla Edwarda i Krysi Koziarzewskich"]Dar Marie i Christofera Bardaux dla Edwarda i Krysi Koziarzewskich[/caption] I. Pamięć zewnętrzna. - Przyrzeknijcie, że nie zapomnicie starej Gilou – drobna postać ginie w naszych ramionach. Wielkie poruszenie na parkingu Chambery dzisiejszego poranka. Autobus podstawiony, bagaże zapakowane. Czas się żegnać. Jakoś to opornie wszystko idzie.

Niby wszyscy wszystkim powiedzieli „do widzenia” „Au revoir”, uścisnęli dłonie, ale… Okazuje się, że jest jeszcze tyle do powiedzenia, -Zdjęcie trzeba razem, -A ja z Tobą, - -Koniecznie adres musisz zostawić, -A tak, oczywiście, -No to zaśpiewajmy coś, i … - Przyrzeknijcie, że nie zapomnicie starej Gilou. – Nie zapomnimy. Gilou, Christof, Cyrille, Cloud, Isabel, Louise, Ann Marie, Terenia, Manu, Philippe, nikogo, ani jednej chwili spędzonej z Wami Przyjaciele. Nie zapomnimy. Jakże długą drogę przebyliśmy razem od tego dnia kiedy pierwszy raz stanęliśmy na tym parkingu. Mieliśmy tylko zaśpiewać razem dwa koncerty i to wszystko. Okazało się, że jakiś czar, kiedyśmy razem pracowali i pili wino, związał nas ze sobą jak te krzyżyki na makatce. Autobus rusza powoli, pod wielkim platanem na parkingu w Chambery zostali nasi przyjaciele, a wraz z nimi kawałek nas. Zabieramy ze sobą biało-czerwoną makatkę, zdjęcia a przede wszystkim przeświadczenie, że byliśmy świadkami i uczestnikami czegoś niezwykłego, ważnego, pięknego… II. Obłok przemienienia. Il Duomo, 157 m długości, 92 szerokości,  45 od podłogi do sklepienia. Wewnątrz Mediolańskiej katedry można mieścić 10 piętrowy blok z Kozanowa wraz z przyległościami. Spodziewamy się zobaczyć na placu w centrum Mediolanu wielką górę kamieni. To w końcu największa gotycka budowla na świecie a trzeci kościół w ogóle. Tymczasem naszym oczom ukazuje się leżący wprost na ziemi, zaróżowiony promieniami wschodzącego słońca obłok. Wielki, lekki, zaraz rozwieje się na wietrze. Przed wejściem karabinierzy kontrolują wchodzących na okoliczność niebezpiecznych narzędzi i wybuchowych chyba też. Panie z odkrytymi ramionami i Panowie w krótkich spodenkach wędrują ponownie na koniec kolejki, gdzie już czekają przekupki zaopatrzone w szale pozwalające przybrać postać bardziej godną. I wreszcie wchodzimy do wnętrza. Jeszcze przez kilka kroków światło walczy z mrokiem, ale wkrótce definitywnie przegrywa, pochłania nas inny świat. Kapitele kolumn, giną gdzieś wysoko, idąc między nimi człowiek czuje się jak mała mrówka w lesie. Nieistotny, nieważny, mały. A jednak to te mrówki, pracując ponad 600 lat wzniosły to cudo. Przez wąskie wysokie witraże do wnętrza przenika światło o dziwnych właściwościach – otacza każdego jakby kokonem. Idąc rozgarniamy półmrok a z za plecami ciemność zamyka się bezgłośnie. W ciszy przesuwają się cienie ludzi ze wszystkich stron świata, Hindusi próbują czytać łacińskie inskrypcje, Japończycy fotografują wszystko, co tylko zmieści się w kadrze. Gdzieś w oddali słychać dzwonek i śpiew, chyba zaczęła się msza przy głównym ołtarzu. A my przechodząc przez to kamienne uniwersum powoli przekraczamy  granicę za którą zostaje festiwal, Chambery, Francuzi i Requiem… Różowy obłok wypuszcza nas ze swego wnętrza pod oślepiające słońce południa. Czas wracać. Do domu.