Rapsodia Sabaudzka. cz XI

Drukuj

Krąg I. Niedziela. Novalaise. Nasza druga niedziela we Francji, nasz drugi koncert. Tym razem jedziemy do Novalaise. Mała miejscowość za górą. Autokar musimy zostawić na parkingu poza centrum, bo w okolicach kościoła właśnie trwa cotygodniowy jarmark. Idziemy uliczką, wzdłuż której rozkładają się stragany z różnościami „własnej produkcji”: wędliny, tkaniny, z Chin sprowadzane t-shirty,

plastikowe koszmarki dla dzieci(?!), prawie jak na Zielińskiego, prawie, ale… tych serów i wędlin podrobić się nie da, a gdzieby je można u nas choćby zobaczyć… Zresztą tu też nie za bardzo mamy czas na podziwianie. Zaczyna się Msza. Mam dziwne wrażenie, że ksiądz jest tu gościem. Wrażenie to potwierdza się podczas ogłoszeń – ogłoszenia parafialne to głównie kalendarz odwiedzin poszczególnych miejscowości. Do Novalaise powróci za sześć tygodni. Program koncertu taki sam jak wczoraj, ale śpiewa się zupełnie inaczej niż w namiocie. I to nie tylko ze względu na akustykę. Tam było wielkie skupienie, a tu jest wszystkiego więcej: skupienia, żaru, żartu. Głupawka dopada mnie w Hej dziewczyno: tekst refrenu został potraktowany, powiedzmy sobie niezbyt dosłownie, choć na pewno zachowany został klimat utworu. II. Piknik. Wracamy do Pont de Beauvoisin na piknik. Tu się wszystko zaczęło. Tu jest nasze miejsce nad rzeką – dziś zajęte przez miejscowych Romów, którzy ustępują co nieco miejsca i już po chwili kamienne stoły nikną pod stosami misek, miseczek. Leje się wino. Tak jak co dzień. Jedzenie to bardzo ważna rzecz, a rozmowy przy jedzeniu nie są jak przyprawa – nigdy ich za wiele. Rozmowy to raczej główne danie, którego nikt tu sobie nie żałuje. Tworzy się niesamowita kompozycja złożona ze smaków, zapachów i dźwięków. Gadanina przy stole, to nie jest ucieczka przed ciszą, a raczej sposób na dopełnienie harmonii. Dobre jedzenie, piękna okolica, obecność przyjaciół. Trzeba się tym koniecznie podzielić, wypuścić  na światło, na słońce, żeby nie zmarniało, żeby rozkwitło. III. Sen. Rozmawiamy w domu Cirylla o przyszłości. Jak wykorzystać to wszystko co się wydarzyło w ciągu ostatnich dni. -We have a dream. – mówi Cirylle - Zrobimy wspólnie to i tamto, przyjedziemy do Wrocławia, języki… porozumienie… muzyka… Cirylle snuje plany na przyszłość, z takim zapałem, żarem, że przez moment czuję jakby się to wszystko już działo w tej chwili, a może właśnie już było. To jest jak sen, sen nocy letniej. Kiedy powrócimy do naszych Aten, trudno będzie uwierzyć, że to wszystko naprawdę miało miejsce. A może faktycznie dopiero się stanie? Koło nie ma końca. IV. Kościół pokarmelicki w Pont de Beauvoisin będzie miejscem kolejnego wykonania Requiem. To zupełnie inna świątynia niż ta w Chartrusach, szeroka przysadzista, jednonawowa. Orkiestra brzmi tu o wiele potężniej niż tam, mam wrażenie, że chór cokolwiek ginie w tej akustyce. Czekamy zmierzchu. Ostatnie ogłoszenia. - Po koncercie proszę się nie rozchodzić, mamy Wam coś do powiedzenia – prosi Terenia. Powoli do głowy dociera myśl, że to nasz ostatni koncert w Sabaudii. Jutro… Tymczasem wchodzimy do kościoła. I tak jak ostatnio, trwa to bardzo długo. Gasną światła. Zaczyna się. Cirylle zmienia Artura, orkiestra grzmi, przewracam kolejne strony nut, to już ostatnia. Jeszcze Ave Verum. To już naprawdę koniec. V. Stoimy w mroku, światełka rozstawionych na klombie świec z zapałem usiłują rozproszyć ciemność. Spalają się w tej robocie. Niestety, noc się nie poddaje, małe płomyki ostatnim wysiłkiem podrywają się ku niebu i po kolei gasną. Wszystko ma swoje miejsce. Noc też. I to nawet dobrze, że tu jest z nami, bo pomaga ukryć niejedną łzę. VI. Prawdziwy szampan o pierwszej, a może o drugiej w nocy w domu naszej wspaniałej Gilou. Butelka błyskawicznie robi się pusta. Tyle się rozlało? Czy to może zegar jest tu winien. Czas popędza. Rano wyjeżdżamy. Wspinam się po raz ostatni na swoje poddasze, gdzie czeka na mnie w okienku znajoma gwiazda. Koniec?