Rapsodia Sabaudzka. cz X

Drukuj

Niebo

I. Tradycja cyrku ma tutaj bardzo głębokie korzenie, jesteśmy wszak na terenie Imperium Romanum. Można sobie różne wyobrażać rzeczy, ale wyobrazić sobie rzymską osadę bez choćby amfiteatru? Ciężka sprawa.

Dzisiejszy cyrk jest jakby negatywem swojego pra pra przodka. Nakryta kopułą przestrzeń, zamyka w sobie nas i publiczność. Jak soczewka skupia wszystko co się pod nią dzieje. Mam wrażenie, że nasze śpiewanie i ich słuchanie staje się fizyczną rzeczywistością, nowym stanem materii, z której Artur coś rzeźbi. Ugniata rękami, nadaje formę i kształt. Stwarza nowy świat, dla którego ten namiot będzie niebem. Byt to jednak ulotny. Istnieje tylko tu i teraz. Możemy sobie zabrać w pamięci drobne jego okruchy. Odtworzyć życzliwe zdziwienie jakie wzbudził Szymon anonsując kolejne części koncertu po francusku, chwilę dekoncentracji, kiedy jakaś litościwa ręka uniosła ściany namiotu, by wpuścić nieco  powietrza, radość, brawa, ukłony… Nie, to wszystko jest wyłączną własnością tych, którzy dali się zamknąć pod kolorowym kloszem który stanął nad brzegiem jeziora. II. Po tylu dniach spędzonych w Chambery, przyszła pora, by wreszcie bliżej poznać miasto. Przewodnikiem jest Philip, wysoki postawny mężczyzna, a tłumaczką jest niepozorna, starsza pani, Maria Winkler, wieloletnia współpracowniczka Paryskiej Kultury. Trudno uwierzyć, że ta drobna kobieta przemycała zakazane książki do Polski, wędrując przez ośnieżone szczyty Tatr, że przez lata była na celowniku UB jako wróg ustroju.  Historia Europy współczesnej. Przyjechała z Lyonu, by zobaczyć się z Polakami. Wchodzimy w miasto, w wąskie uliczki i cofamy się w czasie, do Rzymu, średniowiecza, Templariuszy, Całunu, książąt Sabaudzkich. Ponad miastem wznosi się wieża z carillonem, największym w Europie, znowu zanurzamy się między średniowieczne kamienice, wąskie jak wąwozy uliczki, studnie podwórek… Zza kolejnego zakrętu wyłania się bryła potężnego kościoła franciszkanów, średniowiecznej katedry. Philip to przewodnik najlepszy z możliwych, bo kocha swoje miasto miłością autentyczną, wie prawie wszystko, a jeśli nawet by nie wiedział czego to wystarczyłoby zapamiętać jego zauroczone miastem oczy. I niebo, niebieskie najpiękniejszym błękitem świata. Tak pięknym, że budowniczowie katedry postanowili stworzyć jego iluzję na sklepieniu swojego kościoła. Wydało im się świętokradztwem  odgradzanie ludzi kamieniami od widoku nieba. III. Bal. W nocy, nad jeziorem. Na scenie tchnący niesamowitą energią zespół. Rozbrzmiewają dźwięki całego świata, samba, polka, za chwilę tango, i jakieś coś bliżej  nieokreślone, nieważne, ważne że do tańca. Powoli zaludnia się improwizowany parkiet. Nie ma ścian do podpierania, dookoła czarna noc, trzeba między ludzi. Tu, oczy błyszczą, albo to gwiazdy. Jak nie stracić głowy, kiedy mówi się tylko oczami, a dłoń ściśnięta w dłoni, jedynym stałym punktem na ziemi, a wszystko wiruje w takt paryskiego walca:

Comment ne pas perdre la tête
Serrée par des bras audacieux
Car l'on croit toujours
Aux doux mots d'amour
Quand ils sont dits avec les yeux

Już pora. Wracamy do domu. Cichnie muzyka w miarę jak oddalamy się od jeziora. Nad głową niebo gwiaździste. Takie samo jak tam nad balem, niebo letnie, uwodzące, czarujące… Jak tu nie stracić głowy… cdn...