Rapsodia Sabaudzka. cz VII

Drukuj

Mont Blanc.

-O czym rozmawiają Francuzi po jedzeniu? -O jedzeniu! Pytanie to padło przy stole w domu Izabel, właśnie zjedliśmy wspaniały, złożony z regionalnych potraw obiad. Mąż Izabel wspomniał coś o kolacji i rozpoczęła się dyskusja. Wspaniała, żywiołowa, francuska, gdzie słowa toczą się jak górskie strumienie, emocje rozgrzewają krew… bo idzie o rzecz najistotniejszą z istotnych, o sens życia, o ducha, duszę i żołądek.

Żeby to zrozumieć trzeba być Francuzem? Generał de Gaulle nie rozumiał (Jak można władać krajem, który ma ponad 100 gatunków sera- mawiał) i przegrał wybory. Myślę, że można spróbować ich namiętność zrozumieć popróbowawszy choćby kilku z tych stu gatunków, o winie już nie wspomnę. Ech…. Izabel orientuje się, że siedzimy jak na tureckim kazaniu, podejmuje autorytatywnie jakąś decyzję i ucina rozmowę na tematy żywieniowe. Dziś dzień wolny od próby, który spędzamy w towarzystwie Izabel, jej rodziny i przyjaciół. Stół obok domu, za plecami ogródek wznoszący się wysoko ponad dachem, dom ma wielkie okna, tak by nie przeszkadzały w podziwianiu widoków. A z drugiej strony widok na dolinę prowadzącą do jeziora du Bourget, i oczywiście góry. W ogródku, wokół domu, w domu co krok można natknąć się na jakąś rzeźbę wykonaną przez męża Izabel. Rozmawiamy o serach, żałobie narodowej, Requiem, czasach Solidarności, o tym jak krucho dziś z pracą,  o tym i o owym… I znów o jedzeniu. W celu spalenia zbędnych kalorii, jedziemy w góry. Zobaczymy Mont Blanc. Droga pnie się w górę, do punktu widokowego na wysokości 1500m. Po wyjściu z samochodu jeszcze kilka kroków do tarasu a tam… W którą stronę patrzeć, gdzie odwrócić głowę, czy to już raj? W dole miasto, z tej perspektywy raczej dziecinna zabawka z klocków porozrzucanych wśród zieleni. Za miastem jezioro, a dookoła Alpy. Szczyt za szczytem, wciąga wzrok, zmusza do ucieczki, dalej i dalej, aż strach co się stanie, jeśli tej gonitwy nie zatrzymam… Na szczęście w powietrzu pojawia się mgiełka, która roztapia w sobie skały i niebo w jeden błękit, wzrok dotyka nieba. Wraca spokój. Teraz to ja się oddalam, od hałasu, zgiełku, natłoku myśli, spraw… Rzeczy nabierają właściwych rozmiarów, proporcji. Wśród szczytów wypatruję najwyższego, to oczywiście będzie Mont Blanc – Biała Góra. Jest! To na pewno będzie ten! Migawka strzela raz po raz, szukam najlepszego ujęcia, chcę zapamiętać w fotografii tę ciszę, spokój, oddalenie od kłopotów… trochę jestem rozczarowany. Jednak ten szczyt, choć z otaczających go wystrzela w niebo… hmm szczerze mówiąc to nawet biały nie jest, ale tyle się mówi o topnieniu lodowców. - Zrobisz mi zdjęcie z Mont Blanc? – prosi Tadeusz. - Jasne, stań o tu, trochę w lewo, tak, dobrze…. -Robicie sobie pamiątkowe fotki? To jeszcze z Mont Blanc zróbcie. -Jak to „zróbcie”, przecież robimy! -Nie, to nie jest Mont Blanc! Mont Blanc jest z drugiej strony! Odwracam się, spoglądam we wskazanym kierunku. Przede mną kłębowisko chmur piętrzące się nad skałami, a z chmur wystaje bielsza od obłoków góra, z małą czarna plamką. Mont Blanc.

Tu szczyt... lękam się spojrzeć w przepaść świata ciemną.
Spojrzę... Ach! pod stopami niebo i nad głową
Niebo... Zamknięty jestem w kulę kryształową;
Gdyby ta igła lodu popłynęła ze mną
Wyżej – aż w niebo... nie czułbym, że płynę.
Juliusz Słowacki. Kordian. Akt II

cdn...