Rapsodia Sabaudzka. cz VI

Drukuj

Porozumienie .

Promień słońca przebył ośmiominutową drogę przez kosmiczną pustkę, przemknął między liśćmi wielkiego drzewa, bez wysiłku przeniknął przez szybę, jeszcze tylko lustro i na końcu mój nos. Zaczął się dobry dzień. Po wczorajszej szarzyźnie ani śladu. To wszystko nastraja bardzo optymistycznie. Słyszane na każdym kroku „Sava” już nie dziwi.

Patrzę jak światło rysuje wokół głowy Gilou srebrzystą aureolę. Próbuję policzyć dni, które minęły odkąd pierwszy raz przekroczyliśmy próg jej domu. Pięć? A może mniej? To niesamowite jak nas tu przyjęto. We Francji, o której powtarza się, że obcych to niezbyt kocha, że to co francuskie to dobre a co nie - to nie, i wiele podobnych bzdur. Widać na próbach jak postąpiła integracja, już nie siedzimy osobno my, osobno oni. Trudno uwierzyć byłoby komuś z zewnątrz, że na sali działają wspólnie cztery zespoły. Jakieś czary? Gilou razem z sąsiadem Cloudem omawiają plany na jutro. Mamy do wyboru wycieczkę w góry, nad jezioro, koncert kontrabasistki i co tam jeszcze. Cud polega na tym, że oboje zaczęli mówić do nas po francusku, a my odpowiadamy po polsku. I żadnego to nie stanowi problemu. Za to jest kupa śmiechu kiedy orientujemy się co się stało. Cyrille ogłasza pod koniec próby, że to nasze ostatnie spotkanie w tym gronie. Jutro dzień przerwy, a w czwartek próba z orkiestrą, że dziękuje za włożoną pracę, że było wspaniale… Dzień jak co dzień. Taki normalny. Osiągamy stan pełnego zadomowienia tu w Chambery, gdzie wszystko jest takie inne, takie nie swojskie. Skąd do domu tak daleko. A jednak dzięki tej niezwykłej przyjaźni, jaką nas obdarzyli „Francuzi” tęsknota za domem zdecydowanie mniej boli. Pytanie Clouda czy chciałbym zobaczyć rozbieranie samochodu? -No jasne. -W takim razie o 19 wyjazd. Oczywiście rozmowa odbyła się w języku „ludzkim”, czyli mieszance wszystkich języków będących akurat pod ręką i zrozumiałem, że pójdziemy na jakiś happening na rynku. Okazuje się, że nie pójdziemy, tylko pojedziemy, nie na rynek, tylko do wsi 30 km od Chambery, i nie będzie rozbierany tylko naprawiany. Samochód. Tyle się zgodziło. Reszta to nieistotne szczegóły. Na placyku przed kościołem spory tłumek, wśród którego rozpoznaję znajome twarze. Rozglądając się wokoło spostrzegam monument obowiązkowy w każdej francuskiej miejscowości. Pomnik poświęcony pamięci ofiar I Wojny Światowej. Bardzo prosty. Tylko krzyż i lista nazwisk. Zawsze jest to długa lista. Tak i tu, wiele nazwisk powtarza się – krewni? Bracia? Nazwiska ułożone są wg dat. Najbardziej wzruszają zapisy z listopada 1918. Koniec był tak blisko. Zapada zmrok, a wraz z nim pojawia się na placyku ekipa mechaników. Zaglądają pod maskę starego grata zaparkowanego w kącie. Odpalają maszynę i przenosimy się wszyscy na łączkę poniżej. - Ten silnik wydawał taki odgłos: ” wrrrrrr brum brum buch” - To może być karburator. - A nie świece? - A to takie coś elektroniczne, kto wie co to? - Zostawmy to w spokoju, to może być alarm. - Przydałby się hydraulik z Polski. - Co robimy? - Jak nie wiesz co zrobić, wymień silnik! Brzmi znajomo? To tylko próbka dialogów z przedstawienia jakie rozegrało się przed naszymi oczami. Czwórka aktorów wymontowała z samochodu silnik, założyła nowy, i odjechała. Przy okazji trochę opowiedzieli o sobie. I chyba też o nas. Po spektaklu tradycyjna lampka wina i rozmowy pod gwiazdami. Ach wieżo Babel coś ty narobiła! Ile wysiłku trzeba włożyć żeby zrozumieć drugiego człowieka. Ale za to jaka satysfakcja jeśli się uda! Wracamy do domu grubo po północy. Gilou i chłopaki już dawno spią. Ale drzwi zostawili otwarte. W korytarzyku kartka: "Jutro śniadanie trochę wcześniej. I małe piwo na wypadek, gdyby chciało się pić". Wdrapuję się po schodach na „swoje” poddasze. cdn...